Światełko w tunelu
niedziela, 08 lutego 2009
Post postis

Nietrudno zauważyć, że blog ten od dłuższego czasu prowadzę dość niemrawo. Głównie wiąże sie to z tym, że mam na niego mniej czasu, a nie że mam mniej do powiedzenia. Także to, co miałabym do powiedzenia jakoś mi do tej strony fizycznie nie pasuje. Zapętliłam się w kilku aspektach swojego życia i blog jest jednym z nich. Potrzebuję impulsów, by wyjść z impasu i od jakiegoś czasu stosuję politykę impulsów w szwankujących dziedzinach. Pora więc na bloga. Impuls jest to radykalny, bo przenoszę się na inną stronę i na inny serwis. Także wystepuję juz pod innym pseudonimem. Potrzebuję odciąć się od tego, co tutaj. Ale nie odcinam się bynajmniej od wiernych czytelników, wręcz przeciwnie serdecznie zapraszam. Nowy adres będę sukcesywnie wysyłać pocztą w nabliższych dniach, proszę się też upominać, gdyby z różnych przyczyn nie dotarł.

Tak, to koniec pewnej epoki. Ale to, co przed nami stokroć ciekawsze, bo nieznane przecież. Do zobaczenia!

środa, 04 lutego 2009
Ble

Piszę listy. Na przykład do wiosny, żeby się pospieszyła. Luty to krótki miesiąc. Z jednej strony cieszę się z tego, z drugiej mnie to trochę dołuje, bo do końca lutego mam pewne zobowiązania. I w takim zawieszeniu, w chorowaniu-niechorowaniu, wśród dwunastu książek przy łóżku oraz z kiepsko działającym internetem, denerwując G. i siebie samą, trwam sobie, wyglądajac słońca.

Ble

poniedziałek, 02 lutego 2009
Chora. Zagubiona. Przemęczona. Łaknąca wiosny i słońca o poranku.
piątek, 23 stycznia 2009

Styczniowa odwilż. Niedawne zwały śniegów zamieniają się w małe kupki zmiecionego brudu. Trawniki stają sie mokradłami. Błoto, ale już innego rodzaju. Odycha się głębiej i nie wiem dlaczego noszę jeszcze szalik czterokrotnie okręcony na szyi i ciepła czapkę. Chyba z przyzwyczajenia i może trochę z niedowierzania.

A może z obawy przed szalejącą ponoć grypą... Ostatnio częściej kicham...

BUW dzisiaj cichy i spokojny. Za oknem mroczno.

poniedziałek, 19 stycznia 2009
Dzień Pamięci - wtręt historiozoficzny

Dziś mija 40. rocznica śmierci Jana Palacha, studenta historii Uniwersytetu Karola w Pradze. Palach na znak protestu przeciwko wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji 19 stycznia 1969 roku dokonał samospalenia na Placu Wacława w Pradze. Jego pogrzeb Palacha 25 stycznia w Pradze przerodził się w wielotysięczną manifestację przeciwko okupacji kraju. 19 stycznia Czesi obchodzą Dzień Pamięci.

W inwazji na Czechosłowację w 1968 roku brały też udział wojska polskie. Biorąc pod uwagę, że Polska była wówczas krajem niesuwerennym oraz aktywnym członkiem wspomnianego układu Warszawskiego, trudno się na to oburzać. Ale Zaolzie? Współudział w hitlerowskim podziale CZechosłowacji - jedynego w pełni demokratycznego kraju w tej części Europy - jest czymś, czego należy się wstydzić. Mam wrażenie, że zbyt mało miejsca poświęca się w dyskursie szkolnym i publicystycznym stosunkom z południowymi sąsiadami. I ten protekcjonalny ton, gdy się o nich wspomina.

Dlatego wolę przełom XIV i XV wieku, kiedy Królestwo Polskie uczyło się od Czeskiego, kłóciło się z nim o Śląsk, by zaraz toczyć wspólne boje z Krzyżakami, czy wojskami cesarskimi prowadzącymi krucjatę przeciw husytom. Tak jak w XX wieku te relacje nie były łatwe, ale przynajmniej obie strony potrafiły się nawzajem docenić. Długosz sobie narzekał na czeską wiarołomność pod Grunwaldem i nadmierną podatność na herezję, ale podszyte to było głęboką troską o stan, w jakim się pogrążyło świetne i przesławne Królestwo Czeskie.

A pół roku przed Palachem w proteście przeciw inwazji spalił się na warszawskim stadionie Polak Ryszard Siwek.

poniedziałek, 05 stycznia 2009
Styczeń - śnieg w bramach

Śnieg w autobusach, śnieg na chodnikach, śnieg na trawnikach. Śnieg na parapetach.

Śnieg za oknem w BUW-ie. W 1411 zima była ciepła, na Litwie zakwitły przedwcześnie trawy, donosi Długosz. Zauważyłam kiedyś, jak dużo piszę sobie o pogodzie. Tworzę skromne źródło do historii klimatu.

Dobrze jest nie chodzić do pracy przez kilka dni. Dobrze jest wyciągnąć przyjaciela laptopa i przemieścić się przez mróz w studenckie zacisza.

Brat Krzyś jest w drodze. Będziemy ulepszać nieco mieszkanie. Nadawać mu więcej ciepła na zimowe dni i noce. Brr.

czwartek, 01 stycznia 2009
Stare/nowe

Rok, miesiąc, dzień. Spoglądając na grupkę ludzi puszczających fajerwerki pod moim oknem z towarzyszeniem okrzyków tyou "jee", "ooo", i tym podobnych, zastanawiałam się, z czego oni się właściwie cieszą. Są przecież o kolejny rok starsi. Biedne te psy, ptaki i krety. Ludzie znowu pokazali, kto rządzi światem. Widowisko było zaiste spektakularne a dudnienie trwało w głęboką noc. Wymyśliliśmy z G. grę słowną polegającą na licytowaniu się na łacińskich wyrażeniach. Obejrzeliśmy "Doktora Strangelove" i zjedliśmy barszczyk i kanapki z halibutem. W nowy rok weszliśmy trzeźwi i z pewną nawet taką nonszalancją. Bez zbędnych słów, nadmiaru życzeń i jakichkolwiek postanowień.

Postanowienia nie, działania tak. Kupiłam dziś na internetowej aukcji kijki do nordic walking.

poniedziałek, 29 grudnia 2008
O świcie

Przesilenie zimowe było już tydzień temu i teraz znacznie łatwiej jest wstawać rano, czyli w nocy i wsiadać do autobusu w świetle ulicznych latarni. Z każdym dniem będzie coraz jaśniej. I bliżej wiosny. Zauważam, że autobus ma znaczną przewagę nad metrem. Po pierwsze, jest mniej zatłoczony i zwykle mam w nim miejsce siedzące. Po drugie, metro jest przerażająco anonimowe. W moim autobusie 185 odjeżdżającym o 7.03 z Placu Wilsona rozpoznaję już twarze codziennych współpasażerów. Czasami zdarza mi się kilka dni pod rząd usiąść naprzeciwko tej samej kobiety, a kątem oka podziwiać odważny makijaż innej. Bezpieczna powtarzalność. Oparcie w codzienności. Po trzecie, autobus daje szansę na spoglądanie przez okno na wpółuśpione miasto. Zwłaszcza teraz, w okresie międzyświątecznym, gdy część mieszkańców wyjechała, część urlopowana i feriującą się śpi jeszcze grzecznie w domach. Pojedyncze światełka w oknach, rozświetlone porannymi mszami kościoły. Wisła pod ciemnofioletowymi chmurami.

Chciałabym znaleźć wreszcie czas na porządny kilkugodzinny spacer po Żoliborzu.

niedziela, 28 grudnia 2008
Po

Kilka dni PO.

POdróż POciągiem z najwulgarniejszymi ludźmi tego kraju.

POwrót do pracy.

POra się POliczyć i zaplanować.

POgubieni niech się odnajdą. POgniewani niech się rozpogodzą.

PO prostu życzenia.

POgoda jest kiepska.

POmysle o tym jutro.

14:19, katmoso
Link Komentarze (3) »
piątek, 19 grudnia 2008
Jingle bells

Pada nam w stolicy przedświąteczny klimatyczny śnieg, tylko że w postaci deszczu. W pracy jemy na koszt firmy i pijemy wino na koszt kontrahentów. Oczywiście w równie klimatycznych co snieg w postaci deszczu plastikowych kubeczkach.

W książce o krucjatach, wydanej przez poznańskie wydawnictwo Dominikanów W drodze, Żydzi pisani są małą literą. Świat redaktora określają wyznania nie nacje. Mój świat szybciej nacje niż wyznania. Różnimy się. Ponoć różnice są piękne. Ciekawe, czy tak samo uważa pchnięty nożem przez nazistę Alois Mannichl. Chyba chcąc wyplenić nazistowskie organizacje, działa na rzecz tolerancji i pokojowego współistnienia. Odwieczny spór o granice wolności wypowiedzi i działalności publicznej.

Pod ten ostatni nie podpadają organizacje charytatywne. W przedświątecznej gorączce zakupów warto chyba przeznaczyć ułamek wydawanych kwot na jakiś szczytny cel. Taki świąteczny 1% procent. Ja wsparłam jednego poważnie chorego sympatycznego chłopaczka. Rozejrzyjmy się dookoła na święta...

czwartek, 18 grudnia 2008
Dunaj

Dziś przed południem dokonałam ostatniego zakupu z cyklu prezenty dla rodziny pod choinkę i rozpoczęłam cykl obdarowywania się prezentami z przyjaciółmi. Pierwszy otrzymany prezent bardzo przypadł mi do gustu i mam nadzieję, że tak będzie dalej. W ogóle wzrasta poziom wzajemnej życzliwości w powietrzu, przynajmniej dopóki unika się godzin szczytu w galeriach handlowych tudzież podróżowania przedświatecznie zapchanymi środkami zbiorowej komunikacji międzymiastowej. A to ostatnie dopiero przede mną.

Ostatnie odkrycie lekturowe: "Dunaj" Magrisa. Świetny pomysł na podróż wzdłuż Dunaju, jeszcze lepszy na napisanie książki, która miejsca i historie w nich się dziejące nawleka na nitkę tej najdłuższej rzeki Europy. Opowieść toczy się od jej źródeł w samym sercu Europy Zachodniej, poprzez nobliwe miasta i zamki Bawarii, samo serce dawnego imperium Habsburgów aż po pogranicze dwóch światów - wschodniego i zachodniego - do niesamowitego krajobrazu delty. Jednocześnie na poszczególne paciorki składają się odniesienia do lektur, legend, wydarzeń i anegdot. Dunaj w tej ksiące wydaje się niespiesznie nieść echo przeszłości i to tej mniej znanej i oczywistej. Goethe, który anektuje do swojego zbioru wiersze kochanki, ukrywający się w naddunajskim klasztorze dr Mengele, zamek w Ulm dający czasowe schronienie rządowi Vichy, stracona w XV wieku Agnieszka, która nie zaparła się męża, Brunhilda i Zygfryd, okrucieństwa z Mathausen, Oscar Pischinger wysyłający swój tort księżnej Zofii, żonie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Niesamowity konglomerat rzeczywistości i fikcji, dziejów dawniejszych i nowszych. Cała książka nie ma celu, nie zmierza ku żadnemu rozwiązaniu akcji, choć jak każda ma początek i koniec. Jest długim trwaniem. Jest rzeką, czyli ciągle płynącym bytem, który jednocześnie wycieka ze wzgórz nad źródłem, płynie przez dostojne miasta i rozlewa się w delcie, by zamienić się w wody morza. Chociaż ciągle jej skład chemiczny, a nawet koryto się zmienia, to sama rzeka niezmiennie trwa, jej położenie, tak jak położenie krain nad jej biegiem, się nie zmienia. Nie ma chyba lepszej analogii do współczesności jako atrybutu historii.

Nabrałam ochoty na taką samą podróż. Gdzieś, kiedyś, na pewno... Częściowo już tam byłam.

piątek, 12 grudnia 2008
Poranne impresje

Każdego dnia później gasną uliczne latarnie na Placu Wilsona. I coraz częsciej pojawia się szron. Jestem kolekcjonerką wschodów słońca nad Wisłostradą (autobus 185). Ładnie komponują się z szeregiem czerwonych świateł, które co jakiś czas intensyfikują się falami. "Prosto, wszyscy cholera prosto" - myślę, patrząc na opustoszały pas do wyłącznego skrętu w prawo - "byle szybciej przed siebie, nie ogladając się na to co obok, wpatrzeni w ruchy tłumu przed i kontrolując dyskretnie w lusterku tłum za". Ja na szczęście jadę autobusem, a ten od czasu do czasu skręca chociaż w zatoczki. Zatrzymuje się. Można wysiąść i wrócić. Pod prąd. Pieszych nie obowiązują zakazy i nakazy skrętu.

czwartek, 11 grudnia 2008
Przedzimie

Idzie zima. Psy i koty są niemiłosiernie kudłate, a ja mam zwiększoną ochotę na słodycze. Staram się czasem oszukać jakimś owcem czy soczkiem, ale chyba nie za długo bedzie mi się udawało, bo wczoraj wieczorem już nie miałam apetytu na sałatkę owocową - hit ostatnich tygodni w wykonaniu Ryjka2.0.

Idzie zima. Najkrótsze dni w roku. Wychodzę z domu przed 7 rano, widząc na niebie pierwsze rozjaśnienia chmur w wykonaniu wschodzącego słońca. Wychodzę z pracy po 15, podziwiając kolorowy zmierzch. Tylko w te dni, kiedy pracuję po południu, albo (hura hura) mam wolne, udaje się złapać słońce. W mieszkaniu, na spacerze, w biegu gdzieś tam po drodze.

Chociaż czasem chciałabym mieć więcej czasu, to jednocześnie mam poczucie, że ten, który mam, wykorzystuję w pełni i jak trzeba.

poniedziałek, 08 grudnia 2008

Kiedyś gdzieś usłyszałam i teraz mi się przypomniało.
"Maturity is rather about self-acceptance than about changing."

15:08, katmoso
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 grudnia 2008
A pomiędzy...

Zdarzyło mi się pierwszy raz nie wsiąść do pociągu metra z powodu braku miejsc stojących. Zdziwiło mnie to, bo naiwnie sądziłam, że cos takiego mi się nie przydarzy. W końcu staram się nie podróżować w godzinach szczytu. Jednak teraz godziny szczytu rozmyły się i czesto wracając wieczorem, zdecydowanym wieczorem, tak koło 21 do domu, natykam się na dość napakowane pociągi.

Dopadło mnie rozmyślanie o prezentach. I w tym wszystkim najgorsze było wymyślenie prezentu dla samej siebie. Ktoś tak bardzo chciał mi dać coś na Mikołaja, że nalega do tej pory, bym wyraziła swoje życzenia. Drobiazgi nie zadowalają (pomyślałam, że ostatecznie mogę potrzebować nowego portfela), a ja ze zdziwieniem odkryłam, że w danej chwili nie mam żadnych większych potrzeb.

Chociaż, sądząc po ostatnich przebojach zdrowotnych, może przydałby mi się pobyt w SPA. Ale oznacza to szukanie możliwości wolnego, przeznaczania na ten cel dni urlopowych, a na to chwilowo nie mogę sobie pozwolić.

Trochę mnie przeraża rozpoczynająca się goraczka przedświąteczna.

poniedziałek, 01 grudnia 2008
In between

Weekend leniwy. Przytulanie się nocne i poranne odpływanie w zakręcone sny. Czytanie średniowieczne i granie w "Cytadelę" wieczorami. A na deser czekolada gorąca z bitą śmietaną. No i ubrania. Zakupy. Pranie. Prasowanie. Porządkowanie szafy. Dzisiaj mam zielone rajstopy i nadzwyczaj krótką spódniczkę. Grudniowa kobiecość w rozkwicie.

Następny weekend bedzie na wschodzie. Będzie ścięcie i farbowanie włosów. Pies i kot. Zapomniana na tamtym biurku "Historia kultury bizantyńskiej".

A pomiędzy...

poniedziałek, 24 listopada 2008
Pierwszy bałwan

Ulepiony został w niedzielę na podwórku mojej kolonii. Niestety, do wieczora stracił głowę i brzuch. Atak zimy nastroił mnie wyjątkowo pozytywnie w tym roku. Za oknem Ryjka2.0 pięknie ośnieżone dachy Żoliborza. Za moim oknem cudna śniegowa zadymka. Świat nabrał przytulności. Mimo chłodu i gryzącego swetra.

sobota, 22 listopada 2008
Spowiedź lekturowa

Wyznaczona zostałam przez Pawiana Przydrożnego (dawniej Socjopatyczna Malkontentka) to wypełnienia takiej blogowej ankiety, która krąży ostatnio po internecie. A że ankieta jest o książkach, to nie trzeba mnie było dwa razy prosić.

Więc startujemy...

1.O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Ba. Nie ma takiej pory, bo ja najchętniej czytałabym w każdej wolnej chwili. Ale najczęsciej zdarza mi się to koło 21-24. Lubię czytać w nocy, bo jest cicho i nastrojowo. Po południu czytanie kojarzy mi się z relaksem i bywało, że notorycznie prowadziło do miłej drzemki. Ale ostatnio czytam też w autobusie, który o siódmej rano zawozi mnie do pracy (o ile są miejsca siedzące!).

2. Gdzie czytasz?

Nikt mnie nie przekona, że istnieje jakieś lepsze miejsce do czytania niż łóżko! Ale wykorzystuję też środki transportu, kawiarnie, ławki przeróżne. I tak, podobnie to wielu innych osób, lubię czytać na kibelku:)

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

Tylko i wyłącznie na brzuchu. Ale chętniej na wpółsiedząco-wpółleżąco.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Opasłe powieści dziewiętnastowieczne. Równie opasłe dzieła historyczne. I Jane Austen w oryginale - co jakiś czas znowu całą kolekcję od początku.

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś?

Ostatnio? Jaka jest definicja tego ostatnio? Mam dość poważny nałóg kupowania książek. Więc w tym miesiącu nabyłam trzy książki Imre Kertesza na wyjazd na Węgry. Następnie książkę Gerarda Labudy o Świętym Wojciechu, ale to dla mojego byłego łacinnika z Budapesztu. Zbiór artykułów o dźwięcznej nazwie "Homines et Societas" ku czci Profesora Gąsiorowskiego. I "Trudne początki Polski" Przemysława Urbańczyka. Potem w Wiedniu jednego Bolla, jednego Fontane'a (literatura w oryginale mnie ostatnio kręci) i dwa studia historyczne (tytuły długie i z umlautami, to pominę). A w Budapeszcie na deser "The Northern Crusades" Erica Christiensena. Po drodze miałam przystanek w Krakowie i tam w Taniej Książce wybrzebałam jednego Magrisa, jednego Ionesco oraz jednego Borgesa plus studium z zakresu psychologii w prezencie dla G. Ale to był wyjątkowy miesiąc, normalnie kupuję zaledwie jakieś pięć, sześć książek.

6. Co czytałaś ostatnio?

Dwa z trzech zakupionych Kerteszy. "Historię Bałkanów w XIX wieku" Barbary Jelavich.

7. Co czytasz aktualnie?

Teraz wciągnęłam się w "Jedenaście" Świetlickiego. Poza tym "mam napoczęte" "Historia Bałkanów XX wieku" Jelavich, "Archipelag Gułag", Religia Katarów" Duvernoya, Claudio Magrisa "Na oślep" i jedno ze studiów historycznych z umlautami w przydługim tytule:)

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

Powinnam się wstydzić, ale zaginam ośle rogi...

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?

No cóż, dotychczasowe próby zakończyły się przysypianiem. Wolę jak mi G. czyta. Teraz mamy "Transatlantyk" na tapecie, lubię jak G. wymawia te wszystkie dziwaczne słowa i powtórzenia w gombrowiczowskich dialogach:)

10. Co sądzisz o e-bookach?

Właściwie to nic. Ani mnie ziębią, ani grzeją. Ale książka musi być papierowa!

11. Najbardziej Cię pociągający bohater (taki z którym mogłabyś pójść do łóżka)?

Mr. Knightley z "Emmy". Czuły, męski, mądry.

12. Najgorszy bohater (nieciekawy, żałosny, nieprawdziwy itp.)

Ojciec Tomka Wilimowskiego. Wszystkich innych bohaterów serii wyobrażałam sobie jako ludzi z krwi i kości. On był tak bezatrybutowy, że pozostał dla mnie tylko pojęciem, względnie literkami w książce.

13. Najlepsza scena.

Scenki rodzajowe z udziałem starego sługi Obłomowa w "Obłomowie" Gonczarowa. Niezręczności Pani Bennett z "Dumy i uprzedzenia" Austen. Scena miłosna na workach w magazynie przypraw w "Ostatnim westchnieniu Maura" Rushdiego. Wyobrażone spotkanie z papieżem, podczas którego bohater "Zwierzeń klauna" Bolla pokazuje mu swoją koronną scenkę pod tytułem "Kardynał".

14. Najbardziej żenująca scena erotyczna.

Widocznie wypieram takie z pamięci, bo nic mi nie przychodzi do głowy.

15. Najlepszy tekst.

"Na początku było 'kuku' i na końcu będzie też 'kuku'. Wszystko zostało stworzone przez niebiańską kukułkę, której całym zamysłem jest 'kuku na muniu'."
I.B. Singer, Spuścizna

A teraz poproszę o podobne wynurzenia Yendzę, Wkrę i Grimmę.

11:18, katmoso
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 listopada 2008
Byłam, widziałam, wróciłam

Wróciłam w początkach załamania pogody, które zamieniło przyjemną późną jesień w wietrzną i mokrą pierwszą zimę. Mój autobus utknął na Słowacji w korkach spowodowanych wypadkiem. Wypadek był spowodowany padającym śniegiem. Pierwszy śnieg tej zimy. 19 listopada. A jeszcze kilka dni temu było cieplutko, słonecznie i prospacerowo. Teraz jest już wybitnie "prowieczorowowdomu". Zima u bram!

Po wiedeńskiej wycieczce i powrocie na łono nauki, ruszyłam na południe. Konkretnie do niewielkiego miasteczka Vrbas w Wojwodinie. Cała krótka wpyprawa była dość surrealistyczna. Nocny pociąg, postój na granicy. Serbski pogranicznik wbił mi pieczątkę do paszportu dokładnie w miejscu, gdzie już miałam jedną pieczątkę - chorwacką. Zbieg okoliczności, ale dość symboliczny. Hotel, w którym zamieszkałyśmy z moją przyjaciółką Mają, wyglądał na nieodnawiany od czasów swojej świetności, czyli zapewne od połowy lat 70. Byłyśmy jedynymi goścmi - niesamowite było śniadanie w wielkiej sali, gdzie przycupnęłyśmy przy jednym niedużym stoliku pod ścianą. Brak gości spowodował także brak ciepłej wody oraz ogrzewania. Na szczęscie po paru godzinach woda się pojawiła, a i nawet nie było zbyt zimno.
Samo miasteczko wyglądało niezwykle sympatycznie. Ale też pełne było kontrastów. Tuż za główną ulicą  wypełnioną uroczymi kamieniczkami można było obejrzeć tyły ewidentnie wiejskich zabudowań. Dwa nieczynne i lekko zrujnowane kościoły z XIX wieku dominowały nad centrum miasta. A pomiędzy nimi znacznie niższy i niekoniecznie wyeksponowany pomnik z czerwoną gwiazdą. A pod nim calkiem świeże wieńce. Do tego główna ulica nadal nosi imię Marszałka Tita. Przy niej znajduje się za to sporo sklepów, punktów usługowych, a także kilka kafan i kafićów. Sklepy z ubraniami są także nieźle zaopatrzone i nie ma śladu po "ciuchach", które dominują w krajobrazie polskich miasteczek tego typu. Samochodów w sobotnie przedpołudnie nie było tam za wiele, a ich różnorodność świadczy co nieco o rozpiętości dochodów obywateli. Luksusowe nowiutkie mercedesy i renault parkują obok zdezelowanych zastav i powypadkowych volkswagenów starego typu. Było też kilka maluchów. Co ciekawe, keirowcy wydają się nie brać sobie za bardzo do serca przepisów o ruchu drogowym. Byłam świadkiem niefrasobliwej jazdy oraz na przykład pogawędki kierowcy samochodu i pieszego... na samym środku zebry, tuż przed skrzyżowaniem.

A wieczorem było wielkie wesele. Wytańczyłam się, wypiłam trochę Banatskiego Rizlinga, spróbowałam specjałów lokalnej kuchni i totalnie przeszłam dymem papierosowym. Surrealizm pobytu wzmocniony został przez poranną gęstą mgłę, która stanowczo utrudniałaby mi prowadzenie samochodu. Jednak nasz taksówkarz nie miał takich problemów. Chyba drogę na dworzec kolejowy znał na pamięć i zawiózł nas tam w ekspresowym tempie. Zasmakowałam Serbii i chcę więcej. Planuję teraz podróż do Belgradu przy najbliższej okazji.

PS. Będą zdjęcia i będzie łańcuszkowy wpis o książkach. Wszystko w swoim czasie.

czwartek, 13 listopada 2008
Powrot do przyszlosci
Zapomnialam troche, jak to jest zyc studenckim zyciem. Spac nie 5 ale 8 godzin. Nie zaczynac dnia przed 9. Sniadanie spozywac niespiesznie w niewielkim bistro. Wloczyc sie troche po miescie, a potem wdawac sie w ciekawe dyskusje na naprawde wazkie tematy. Chocby o kulcie prawoslawnych swietych. Albo problematyce pamieci  w sredniowieczu. Czy bardziej przyziemnie o konflikcie serbsko-albanskim.
Poniewaz czesto jest tak, ze niezalatwione sprawy z przeszlosci w koncu cie dogonia, wygladana to, ze musze znowu zabrac sie za prace naukowa. Na wydziale wszyscy przyjeli mnie cieplo i nie musieli dlugo namawiac na sprobowanie obrony w czerwcu przyszlego roku. Okazalo sie, ze moj promotor ma dla mnie od dawna jakies materialy i kazal mi zrobic sobie xero na koszt wydzialu! Weszlam znowu w zycie studenckie i tym samym moj urlop sie skonczyl. Jeszcze na poczatku patrzylam na Budapeszt bardziej oczami turystki, teraz to juz jest kompletny powrot do dawnego wokoluczelnianego zycia. A zaraz za tym pojawily sie dawne odczucia: obowiazki, koniecznosc skruchy, wszechobecna celowosc, zmeczenie otoczeniem. A przeciez sie ciesze...
Jestem juz tak bardzo tutaj, ze lapie sie na mysleniu po angielsku.
wtorek, 11 listopada 2008
Vienna-Budapest 2008
Po dlugiej podrozy z przystankiem w Krakowie na zrobienie kilku zdjec noca na rynku wyladowalam w starym swiecie. Budapeszt o swicie: bezdomni kroluja w przejsciach podziemnych. Metro halasuje nieznosnie. Jest mroczno, za to cieplo. Budynek, w ktorym mieszka Maja ma dziwacznie usytuowane drzwi do mieszkan.
Potem podroz do Wiednia. Chodzenie po wlasnych sladach. Jakby nic sie nie zmienilo. Moze tylko pora roku, bo jesienia jeszcze w Wiedniu nie bylam. Jest uroczy, nawet w listopadzie.
Zawiesilam codziennosc i znowu poczulam sie jak w czasach studenckich. Funkcjonuje w kilku jezykach. Mowie po angielsku, niemiecku, serbsku, dookola slysze wegierski, austriacki - tak to zupelnie inny jezyk dla mojego niewprawionego ucha. Nie planuje zbyt duzo. Czekam co przyniesie kazdy kolejny dzien. Jak dawno nie.

Kiedy siedzielismy wczoraj z Maja i Mircea, mialam wrazenie ze nic sie nie zmienilo. Ze nie minal ten caly dlugi czas. Wchodze w przeszlosc jak w maslo.I dobrze mi z tym.
piątek, 07 listopada 2008
Stąpając porannie

W porannej mgle, która od tygodnia panuje w stolicy, o godzinie 7 rano wychodzę z domu. Mijam codziennie kobietę wyprowadzającą na spacer wielkiego czarnego, spasionego kota. Ona też wygląda dość kuriozalnie. Drobna, w ciasno opiętej kurtce i dżinsach. Na twarzy taka jakby pomarańczowa. Nie wiem, czy jest to efekt solarium, czy intensywny podkład. A może jedno i drugie. Kobieta jest jeszcze młoda, ale brzydka. Taka, jak to sie obrazowo mówi, sterana życiem.

Życie na żoliborskiej kolonii. W furtce chronionej przez kod mijam pana z dwoma pieskami. Wraca z porannego spaceru. Psy zadowolone, wybiegane mają zwieszone jęzory. Przytrzymuję im furtkę. Niedaleko, przypięte do drzewa, mokną dwa rowery. Kilkanaście metrów dalej, po rajdzie między zaparkowanymi na styk samochodami wychodzę na ulicę i szybkim marszem dochodzę na Plac Wilsona. Tam już jest miasto. Ludzie tłoczą się przed wejściem do metra, szorstkim gestem zgarniając darmową gazetkę. Nerwowo drpeczą na czerwonym świetle wypatrując we mgle nad ulicą swojego autobusu.

W autobusie siadam po oknem i wyciągam Kertesza. "Ja, inny" czyta się, powoli smakując każdy akapit. W międzyczasie można podnieść głowę i poaptrzeć, jak mgła podnosi się nad Wisłą. Obok chichoczą nastolatki. Zadziwia mnie ich poranna energia. Zadziwia mnie ich przekombinowany styl noszenia się. Ubiór, makijaż, gestykulacja. Tak jakby na siłę chciały się ubrzydzić, sądząc, że są bardzo trendy (czy jak to sie teraz mówi). Przypominam sobie, że kiedy sama chodziłam do szkoły, też się usilnie ubrzydzałysmy, nosząc workowate spodnie, szare i brązowe swetry i ciężkie buty.

Buty Martensa. Tak daleko, tak blisko. Piosenka mi się przypomniała. Resztki, dawno zapomniane, potrzeby identyfikacji z grupą mi się przypomniały. Chyba jest tak, że dorosłość nadchodzi, gdy zyskujemy znacząco na własnej autonomii. Są też tacy, co nie dorastają i tacy, którzy nigdy nie byli zbuntowaną młodzieżą. Cieszę się, że miałam w życiu okres "burzy i naporu" i jeszcze bardziej cieszę się, że jest on już za mną. Mogę przynajmniej spokojnie nosić lżejsze buty:)


"Seems like yesterday we were sixteen.
We were the rebels of the rebel scene.
We wore Doc Martens in the sun,
Drinking vintage cider having fun."

środa, 05 listopada 2008
Przed urlopem

Wyjazd już za dwa dni, a ja jeszcze w lesie. Zostało do załatwienia kilka naglących spraw, no i ostatecznie przygotowania. Cierpię na chroniczny brak czasu. I na piętę. stłukłam ją sobie bolesnie wczoraj rano pod prysznicem. Przez chwilę miałam wizję gipsu, odwołanego wyjazdu, kilkutygodniowego zwolnienia. Na szczęscie chodzę, może tylko trochę mnie boli. Dołączyłam do pozostałych domowych kalek, jako że Ryjek2.0 i LK miały w niedzielę wypadek. Wyszły z niego jedynie z potłuczeniami, ale dość bolesnymi. Szczęście w nieszczęściu. Kuśtykamy i jęczymy więc zgodnie.

Ale plan wyjazdu się klaruje coraz bardziej. Spotkania, wydarzenia kulturalne i nie tylko, ktore będa miały miejsce podczas mojego pobytu. Trochę dziwnie się czuję. Wracam do miasta, które było moim domem. Które mnie przyciąga i odpycha. Wracam na specjalnych warunkach: jako turystka, jako gość, jako osoba powracająca po pewnym czasie na stare śmieci. Z nowo zakupionymi ksiązkami Kertesza pod pachą, z większą wiedzą i większą samoświadomością. Ciekawa jestem, co przyniesie to doświadczenie...

środa, 29 października 2008
Schyłek października

Nawet późna jesień ma swój urok. Dostrzegłam go, kiedy szłam sobie wczoraj przez Łazienki, a ptaki szeleściły zawadiacko wśród stert liści. Resztki października na drzewach. Zapach listopada w powietrzu. Jasność dnia skróciła się dobitnie. Łapię ją w porannej drodze do pracy i popołudniowej drodze z pracy gdzieś tam. Ostatnio rzadko prosto do domu. Tam wracam dopiero po 20. Staram się codziennie zrobić coś "dla domu". Przedwczoraj G. zainstalował mi lampkę, wczoraj zmieniłam pościel, dzisiaj może poukładam w szafie. Codzienność. Ale dobra, bezpieczna codzienność.

poniedziałek, 27 października 2008
Efekt zmiany czasu i zmiany miejsca zamieszkania. Dziś rano po przebudzeniu uderzył mnie po oczach piękny czerwony wschód słońca. Czegoś tak cudownego dawno nie widziałam. Bardzo dobry początek tygodnia. Wyspałam się.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26